Przeżyta w ostatnią sobotę ślubna msza święta w małym kościółku w małym miasteczku tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie chcę brać ślubu w kościele.
Kazanie ślubne o małżeńskiej miłości brzmiało, jak odczytany przez sąd wyrok na dożywocie. Zamiast radować i dawać siłę Młodej Parze, groziło dozgonnym poświęceniem i rezygnowaniem z siebie. Zamiast uskrzydlać, skrzydła podcinało.
Może ksiądz chciał tylko nadać tej chwili odpowiednio doniosły nastrój, ale nawet sposób w jaki wypowiadał słowa ślubowania sprawiał, że brzmiały one jak złowroga wróżba.
Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i w CHOROBIE, w dobrej i ZŁEJ doli aż do KOŃCA ŻYCIA? ...
Gdybym to ja siedział tego dnia na miejscu Pana Młodego chyba uciekłbym sprzed ołtarza.
Ja wiem, że nie powinienem oceniać całej instytucji Kościoła na podstawie jednego księdza... Ale jednak w tak ważnym dniu, jakim jest ślub, wolałbym być traktowany jak świadomy swych decyzji człowiek umiejący wziąć odpowiedzialność za swoje działania. Wolałbym usłyszeć gratulacje, życzenia i trafne rady, dające poczucie, że podejmuję właściwą decyzję i zarówno ja, jak i moi bliscy powinni się z tego faktu cieszyć.
P.S.
Powyższe refleksje są moimi dość luźnymi rozważaniami i bynajmniej nie chciałem urazić niczyich uczuć religijnych.
A ja myślę, że bujasz w obłokach
OdpowiedzUsuńUwielbiam takie rzeczowe komentarze poparte niepodważalną argumentacją...
OdpowiedzUsuńGdybym siebie nie znał i powyższy tekst przeczytał to stwierdziłbym raczej, że trzeźwo stąpam po ziemi i do bujania w obłokach mi daleko.
Jako, że całkiem niedawno brałem ślub w kościele, pozwole sobie stwierdzić, że dużo zależy od księdza. I tak, jak nie chodzi się do byle dentysty, czy byle fryzjera, nie należy powierzać tak poważnej misji jak udzielenie ślubu byle komu.
OdpowiedzUsuńNasz ksiądz, mimo, że miał kilka inych ślubów tego dnia zachowywał się i mówił tak, jakbyśmy byli jedyni i najważniejsi. Oraz sprytnie i dyskretnie kierował nami przez całą mszę - z daleka wyglądało, jakbysmy świetnie wiedzieli co zrobić i jak się zachować. A wszystko co mówił brzmiało sensownie i życzliwie.
Czego i Wam życzę.
pozdrawiam
jk
Tylko ze to nie bylo kazanie tylko wprowadzenie do przysiegi malzenskiej. Jesli Ci te teksty nie odpowiadaja, to znaczy, ze bez sensu bylo w ogole zawierac slub w Kosciele. Jesli chcesz zostawic zone w chorobie lub nie chcesz jej do konca zycia, znaczy to, ze jestes egoista myslacym tylko o sobie i nie rozumiesz sensu malzenstwa katolickiego. Ufam, ze Twoja zona ma odmienne zdanie i chce zostac z Toba do konca zycia, takze w chorobie i zlej doli. Zycze wiele radosci i milosci malzenskiej.
OdpowiedzUsuńJackowi (jeśli dobrze rozszyfrowaliśmy inicjały ;) dziękujemy za miłe słowa i przywrócenie nadziei, że ksiądz też człowiek.
OdpowiedzUsuńA Anonimowi, który najwyraźniej czegoś nie doczytał, służę sprostowaniem, że nie brałem jeszcze ślubu i swojej przyszłej żonie jeszcze niczego nie ślubowałem. Moja (a nawet Nasza) niechęć do ślubu w Kościele nie wynika z treści przysięgi, a całe te ślubne refleksje dotyczą jedynie tego, jakie podejście miał do tego sakramentu ksiądz prowadzący mszę i jaką mroczną tworzył atmosferę.
Trochę się chyba zatem pospieszyłeś drogi Anonimie z wyzywaniem mnie od egoistów, bo swoją przyszłą żonę kocham i szanuję tak bardzo, że nie zostawię jej ani w zdrowiu, ani w chorobie, ani w dobrej, ani w złej doli i z przyjemnością spędzę z nią resztę swojego życia. I nie muszę jej tego mówić w kościele.