sobota, 27 marca 2010

sobota

Za nami już pierwsza rocznica ślubu..
To było trzy miesiące temu, mała uroczystość w gronie znajomych i bukiet herbacianych róż...
W sumie, nie o tym chciałam pisać..
Jest sobota wieczór - siedzimy razem na kanapie i wcinamy zapiekanki. Co prawda są z samym żółtym serem, bo lodówka świeci pustkami, ale i tak dobrze, że w ogóle jest żółty ser :) Kierownik przezornie kupił rano, lecąc jak co sobotę po gazetę i ciacho - obowiązkowo ;) Co prawda mój sobotni zwyczaj z ciachem, kawką i gazetą w ręku coraz częściej zamienia się w wojnę o gazetę, którą kierownik capie mi i spędza z nią całą sobotę - ale przecież nie od dziś wiadomo, że takim się stajesz z kim przystajesz. Dodatkowo jest to wojna związana z jego wylegiwaniem się z gazetą na kanapie i moim usilnym błaganiu, a wreszcie wrzeszczeniu, by się w końcu zabrał do roboty i poodkurzał, pozmywał, umył.. itd. Jak dziś usłyszałam.. Ty zwolnij, wyluzuj, bo odbije się to na twoim zdrowiu. Oooooo to na pewno - szlag mnie trafia setki razy, a kierownik zyskał nowy przydomek - Kulka - bo wszystko zwija w kulkę - zwłaszcza rzeczy. Moje prasowanie ich nie zmienia faktu, że za chwilę i tak wyglądają, jak psu z gardła. Oczywiście mogłabym tak wieczór cały wymieniać, bo marudzić to ja umiem ;) ale odpuszczę, bo dzisiaj umył okna - więc coś mu się należy :P
Znów odbiegam od tematu.. zawsze byłam mistrzem dygresji - zwłaszcza tych pisemnych. Wróćmy więc do zapiekanek - wcinamy je a ja patrzę na Niego, jak zwykle tego nie zauważa - wpatrzony w medium (wszystko jedno czy to jest ekran monitora czy telewizora, ale to kolejna długa kwestia, więc pominę ją tym razem ;)). Patrzę na Niego i myślę sobie.. On to musi mnie kochać.. robi dla mnie te zapiekanki setny raz, przyjmuje reklamacje ("za mało keczupu!" lub "za dużo sera, inną mi przynieś") i mimo, że przewraca oczyma, wiem, że ma dla mnie cierpliwość - więcej niż ja dla Niego.
Tyle się przy Nim nauczyłam.. tyle się dla Niego nauczyłam i nadal się uczę.. włosy ciągle nie są przycięte tak jak trzeba, ale uparcie przychodzi z tym do mnie. Może nie przychodzi.. tylko sama zaciągam go na kuchenny stołek, bo do fryzjera zwyczajnie nie chce mu się iść ("a po co? przecież Ty mnie obetniesz"). Jednak nie zmienia to faktu, że cierpliwie znosi moje wojskowe przycięcie (za krótko) czy szarpanie włosów (nowe super nożyczki, które nie działają jak trzeba), skutkiem czego moja zabawa w fryzjera kończy się wielkim stresem, związanym z tym, że go boli.. i że za chwilę powie, że za krótko i nierówno oraz jego cierpliwością sięgającą zenitu ("ałaaaaa" i "boszeeee" - kiedy przegląda się w lustrze). Ale teraz patrzę na te efekty mojego cięcia, co prawda nie dzisiejszego (zapewne dlatego wygląda jak należy - już nie za krótko! ;)) i stwierdzam, że całkiem nieźle wygląda.
Otwieramy dziś wino.. bożonarodzeniowe z kiepską etykietą, które kierownik dostał od firmy na święta. Pachnie przyjemnie i słodko - To za co pijemy? - pytam. A musimy za coś? - tak ja zdecydowanie muszę "za coś". Robię wymowne spojrzenie i czekam aż coś wymyśli, w tle leci jeden z serwisów informacyjnych - za Radosława Sikorskiego! - mówi w końcu wyraźnie z siebie zadowolony. Oboje wybuchamy śmiechem - Za domek i udany projekt! - mówię w końcu. Mhmmmmmm - odpowiada.
Teraz po namyśle, wypiłabym za własną cierpliwość - będę jej jeszcze dużo potrzebować przez te lata.

A wino było paskudne - słodyczy nie doszukałam się tam wcale, po jednym łyku odstawiliśmy kieliszki.

1 komentarz: