Jako że jedną z niewielu potraw, z jakimi sobie radzi współwygnaniec na obczyźnie Marek, jest jego rodzinne spagetti wybór nasz padł dziś właśnie na to danie.
Spagetti to nie ma oficjalnej nazwy. Dla Marasa i jego rodziny jest to po prostu "spagetti" dlatego pozwoliłem sobie nazwać je od ich rodowego nazwiska :)
Po przyrządzenia spagetti a'la Rucińscy potrzebne są:
Składniki:
- ok 30 dkg mięsa mielonego, najlepiej wołowiny...
- puszka pomidorów
- przecier pomidorowy, albo zmielone pomidory, albo cokolwiek z czego można zrobić sos pomidorowy
- puszka groszku
- 2-3 cebule
- przyprawy do smaku
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że rodzina Rucińskich liczy sobie 5 osób, dlatego też wszelkie składniki liczone są w ilości dla 5 osób (albo na dwa obiady dla dwóch głodnych studentów z Polski).
A żeby spagetti było spagetti potrzeby jest również:
- makaron spagetti
A zarówno do smażenia jak i do gotowania makaronu przydaje się:
- odrobina oliwy
Ostatecznie wybraliśmy litrową butelkę oliwy, na której narysowane były kwiatki przypominające nieco słoneczniki... choć słoneczniki to raczej nie były :P
Opis przyrządzenia:
Na odrobinie oleju smażymy mięso mielone. Smażymy aż się usmaży :)
W międzyczasie kroimy cebule w kosteczkę. Nie za małą, nie za dużą. Generalnie - co kto lubi.
Scyzorykiem otwieramy puszki.
W oczekiwaniu aż smażone mięso się usmaży przygotowujemy garnek do makaronu. Wstawiamy odpowiednią ilość wody i okazuje się, że druga kuchenka w akademikowej kuchni nie bardzo działa, więc trzeba przytulić oba garnki na tej pierwszej działającej.
Wodę na makaron solimy. Po otwarciu worka ze solą okazuje się, że jest on tak skonstruowany, że trudno go zamknąć. Rozpada się strasznie, a sól niemiłosiernie gdzieś bokami sypie się na podłogę i stół.
Gdy już smażone mięso jest usmażone dodajemy cebulę w kosteczkę i szklimy aż się zeszkli.
W międzyczasie zmywamy co jest do zmycia... i czekamy aż się zeszkli :)
Gdy się zeszkli dodajemy pomidory z puszki i pomidory w dowolnej innej postaci.
Zauważamy też, że puszka po pomidorach przyda się do przechowywania rozsypującej się soli, więc szybko ją myjemy, suszymy i ratujemy rozsypującą się sól.
Woda w garnku na makaron powoli zbliża się do wrzenia.
Bardzo powoli.
A tutejsza woda ma to do siebie, że jest bardzo twarda. Przynajmniej ja mam nadzieję, że jest bardzo twarda, bo wolę tłumaczyć sobie, że ten dziwny osad wydzielający się podczas jej gotowania to po prostu kamień, a nie jakaś trucizna :]
Gdy woda w końcu się zagotuje to wstawiamy odpowiednią ilość makaronu z odrobiną oliwy, a bulgoczący sos zaczynamy przyprawiać do smaku tym, co bozia dała.
Wszystko ładnie bulgocze i pachnie... Woda z makaronem, odrobiną oliwy i osadem z mam-nadzieję-że-kamienia wygląda dziwnie... I mniej więcej na pięć minut przed czasem ugotowania makaronu kuchenka przestaje grzać. Tak po prostu.
Jest to kuchenka elektryczna, więc nie ma mowy o braku gazu. Prąd jest. Ale kuchenka nie świeci i nie grzeje...
Sos na szczęście już gotowy. Na koniec dodajemy odcedzony z puszki groszek.
Gorzej z makaronem.
Modlimy się zatem, żeby ta odrobina ciepła, jaka została na kuchence i garnku wystarczyła, żeby makaron "doszedł" i ewentualnie biegamy po innych piętrach szukając czynnej kuchni z działającą kuchenką.
Gdy już wrócimy z radosną wieścią, że znaleźliśmy działającą kuchenkę w czynnej kuchni na innym piętrze, to okazuje się, że makaron doszedł do stanu aldente i można spokojnie zabierać się do jedzenia.
Smacznego :)
P.S.
Dopiero później koleżanki studentki wytłumaczyły nam, że akademikowe kuchenki mają wyłączniki czasowe i po pół godzinie gotowania należy włączyć je na nowo tajemniczym przyciskiem na ścianie :]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz