środa, 6 czerwca 2007

doudou #1

Dawno dawno temu, gdy w miejscu dzisiejszego Mons nie było jeszcze Mons, żyła sobie święta Waldetruda. Święta Waldertuda (zwana w tych okolicach Waudru) była córką dwójki świętych rodziców, a ze swoim świętym mężem miała czwórkę świętych dzieci. Przez większość swojego życia, jak to święta, oddawała się modlitwie i pomagała chorym i biedym. Po śmierci swojego świętego męża święta Waldetruda doznała widzenia, w którym na odwiedził ją święty (jakżeby mogło być inaczej) Autbert, po którym to spotkaniu zbudowała dla siebie mały domek i rozdała resztę majątku.

Wieści o jej mądrości i świętości (choć jeszcze świętą nie była) szybko się rozchodziły, więc coraz więcej pielgrzymów przybywało do jej domku po poradę, pomoc lub błogosławieństwo. W końcu miała tak wielu wyznawców, że założyła własne zgromadzenie zakonne. Wokół klasztoru powstało później miasteczko Mons...

...

Wiele lat później święta (już oficjalnie) Waldetruda stała się patronką miasta i górującej nad nim kolegiaty (czyli prawie katedry), a rok rocznie odbywała się uroczysta procesja z relikwiami świętej przewożonymi w rzeźbionej karocy...
Mons, jak większość ówczesnych miast otoczone było murami i fosą, a przez środek płynęła śmierdząca rzeczka. Zdziwić to może dzisiejszych odwiedzających miasto, bo po rzeczce nie ma ani śladu. A dlaczego? Otóż owa śmierdząca rzeczka stała się powodem wybuchu epidemii cholery, która wybiła znaczną część okolicznej ludności.
Pomocy szukano oczywiście u świętej Waldetrudy, która za życia tak bardzo pomagała chorym... Dlatego też zorganizowano jeszcze większą i bardziej uroczystą procesję by wybłagać łaski patronki.

Chyba się udało, bo tradycja przetrwała do dziś. Ze względów pogodowych procesja została przeniesiona z października na czerwiec i jest centralnym punktem corocznej kilkudniowej fety zwanej Doudou.

Doudou zaczyna się w piątek/sobotę i trwa około 4-5 dni. Miasto zapełnia się straganami z kiepskim piwem, obleśnym żarciem i pocącymi się ludźmi. Sobota jest na rozkręcenie się. Koncerty, nocne imprezy, a popołudniem można trafić na spacerującą po mieście orkiestrę dętą w historycznych strojach, żołnierzy straszących salwami z karabinów, a także smoka i świętego Jerzego na koniu. A jest to nie lada atrakcją, bo to właśnie walka świętego Jerzego ze smokiem jest kulminacyjnym punktem Doudou... Ale do tego dojdziemy w kolejnym odcinku...

...

Następny fragment będzie dotyczył pewnej cechy Doudou związanej z czynnością potrzebą fizjologiczną i paniom oraz co wrażliwszym panóm może się wydać nad wyraz niesmaczny. Dlatego osoby, które nie chcą być zniesmaczane mogą rozważyć nie czytanie dalszej części. Wiele innych atrakcji Doudou wyjawię w kolejnych odcinkach...

...


Charakterystyczne dla Doudou w sobotę są głośna muzyka i piwo. Niestety, choć Belgia słynie z piw wyjątkowych, w czasie Doudou króluje największy sikacz pod nazwą Jupiler. Określenie sikacz w czasie Doudou można rozumieć bardzo dosłownie... Oczywistym faktem są moczopędne właściwości piwa. Nie sugeruję tutaj, że osławiony Jupiler jest pod tym względem wyjątkowo "pędny", nie nie... Ale ilości tego piwa, jakie się przelewają, mimo że podawane jest w (sic!) małych plastikowych kubeczkach pojemności 250ml i ilości ludzi pijących to piwo sprawiają, że nawet najmniejsza moczopędność może się w tłumie stać sporym problemem... Zdziwił mnie trochę jednak widok ulicznych pisuarów... Tak, to taki wynalazek jak tojtoj (firefox mi podpowiada, że mam to poprawić na tołstoj), ale znacznie prostszy. To po prostu plastikowy stojak z czterema pisuarami na około i jakimś pozorem ścianek, żeby (że się tak brzydko wyrażę) na ręce sobie nie patrzeć. Pisuary owe wraz z nielicznymi klasycznymi toaletami dla pań stoją sobie w całym mieście w mniej lub bardziej ustronnych miejscach... I nie wątpię, że są przydatne, choć ja osobiście wolałbym jednak potrenować mięśnie zwieracza...

I może te całe pisuary nie byłyby najgorszym pomysłem, gdyby szanowni panowie z nich korzystali...
Facet... jaki jest, każdy widzi. Facet może sikać na stojąco to zaraz mu się wydaje, że może to robić gdzie popadnie. Zdarza się. I w Polsce spacerując nocą można spotkać tu i ówdzie pana kryjącego się za drzewkiem lub w mrocznej bramie zrzucającego ciążący na pęcherzu piwny balast... I ja nie wiem, czy faceci w Polsce są trochę lepiej wychowani, czy trochę bardziej zakompleksieni, że się tak chowają... Bo tutaj w czasie Doudou nawet w biały dzień mało kto troska się szukaniem miejsca ustronnego albo chociaż jednego z tych obleśnych ulicznych pisuarów... Po prostu wychodzą z tłumu, stają pod najbliższą ścianą (chwała im za to, że plecami do ludzi) i robią, co muszą... Przy ścianach, narożnikach, śmietnikach, pod latarniami... W tych bardziej malowniczych i węższych uliczkach szybko zaczyna unosić się urynowa aura, która jeśli pogoda dopisze będzie się unosiła jeszcze kilka dni... Wszędzie na około walają się stosy plastikowych kubeczków po piwie i serwetek po jedzeniu... I wracając po imprezie do domu można jedynie mieć nadzieję, że ta ciecz płynąca wzdłuż ulicy to tylko piwo...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz