wtorek, 12 czerwca 2007

taki sobie tytuł....

Stało się...
Po wielu bólach, niepewnościach, niezdecydowaniach, problemach potencjalnych z punktami ECTS i problemach potencjalnych ze stypendiami, po łzach, rwaniach włosów z głowy i wierceniach dziur w brzuchu w końcu ustaliłem termin powrotu...

Dnia 14 czerwca mam exposé i oddaję artykuł z metaheurystyk, 20 czerwca przeprowadzam dyskusję na temat owego artykułu i już... To teoretycznie powinno wystarczyć do zdobycia owych 30 ECTS potrzebnych studentowi do życia i dyplomantowi do dyplomu - pomijając oczywiście jeszcze długą drogę zwaną pisaniem pracy magisterskiej ;)

W tak zwanym międzyczasie:
  • uczę się jak powiedzieć po francusku "za kilka dni wyjeżdżam i proszę bardzo uprzejmie o wydanie mi reszty z mojej cennej kaucji"
  • w razie powodzenia powyższej czynności odbieram cenną kaucję
  • kupuję obiecany prezent, który służyć będzie długie lata dla dobra Naszego Wspólnego Mieszkania
  • odmaczam etykietki na pamiątkę wypitych belgijskich piw - butelki byłyby bardziej widowiskowe, ale (a) nie miałbym jak ich zawieźć do Polski, (b) Asia nie przywitałaby butelek z wielkim entuzjazmem ;)
  • przy odrobinie szczęścia oddaję odmoczone butelki zarabiając na tym ogromne pieniądze - ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka ;)
  • wyrzucam sterty francuskojęzycznych gazet ulotek i reklamówek
  • zaczynam się martwić, czy uda mi się zapakować na drogę powrotną - na szczęście z pomocą koleżanki Agnieszki i samochodu jej taty jedną torbą jestem już w domu ;)
A po 20 czerwca załatwiam potencjalnie bez problemów papierki, że tu byłem, się uczyłem i ładnie wszystko zaliczyłem, upycham cały dobytek do plecaka, robię ostatnie sprzątanie i w sobotę 23 czerwca oddaję (lub podrzucam, bo pewnie nikogo z dyrekcji nie będzie) kluczyk i kartę magnetyczną, wsiadam do pociągu, przesiadam się na autobus i w niedzielę czule witam się z Lubą - o ile pozwoli :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz