Od ponad tygodnia wracam z pracy do domu wymęczony, zziajany, przepocony i czerwony jak cegła... Dlaczego?
Wraz z początkiem wakacji nasze wspaniałe miejskie przedsiębiorstwo komunikacyjne wprowadziło nowy wspaniały letni rozkład jazdy, który od niedawna można oglądać na nowej wspaniałej stronie internetowej. Ów rozkład letni bardzo wakacyjnie zakłada nieobecność studentów i uczniów w autobusach i tramwajach, a wynikiem tego dość pochopnego założenia są rzadkie kursy i pousuwane linie. Tym sposobem zabrano mi autobus 'za tramwaj', który (jak sama nazwa wskazuje) jeździł zamiast tramwaju na trasie, której remontu końca nie widać, a jeden jedyny pozostały autobus, który może mnie bezboleśnie do pracy zawieźć kursuje znacznie rzadziej.
Żeby nie było za łatwo, to o fakcie zaistnienia letniego rozkładu jazdy dowiedziałem się całkiem przypadkiem, gdy trzeci dzień z rzędu stałem przed ósmą rano na przystanku i zastanawiałem się dlaczego nie jedzie autobus, na który czekam... Oczywiście jechał, ale kilka minut wcześniej...
No cóż. Trzeba się przyzwyczaić i zacząć wstawać nieco wcześniej, żeby zdążyć na autobus... Choć na razie zmianę rozkładu wykorzystuję raczej w drugą stronę pozwalając sobie na 10 minut więcej wylegiwania w łóżku - lub w razie potrzeby wysiadywania na ceramicznym tronie ;)
I może faktycznie rano w autobusie nie jest aż tak tłoczno i korki są jakby mniejsze... ale prawdziwy koszmar zaczyna się popołudniu... Bo po 16 jednak strasznie wielu ludzi chce nagle wrócić do domów, a braki w letnim rozkładzie sprawiają, że ludzie Ci muszą się zmieścić w tych rzadko kursujących autobusach... Na domiar złego aura zaczęła nas obdarzać ostatnio dość wysokimi temperaturami, a upał + tłok w autobusie + korki to nie jest to, co Bartaz lubi najbardziej. I tym sposobem relatywnie krótka trasa z pracy do domu stała się najbardziej denerwującym i męczącym elementem dnia. A czerwony, spocony, zmęczony, głodny i wkurzony Bartaz wracający z pracy, to nie jest to, co Asik lubi najbardziej...
A zatem dla własnego zdrowia (zarówno psychicznego, jak i fizycznego) oraz dla dobra mojego małżeństwa musiałem podjąć środki zaradcze. I w tym celu dość ostentacyjnie wypiąłem się na letni rozkład jazdy.
Nadal wracam z pracy do domu wymęczony, zziajany, przepocony i czerwony jak cegła. Może nawet bardziej wymęczony, zziajany, przepocony i czerwony niż po pół godzinie w zatłoczonym autobusie... Ale przynajmniej z satysfakcją, że te 30 minut niosły mnie moje własne nogi (do biegu jeszcze trochę mi brakuje, ale jestem na etapie dość ochoczego marszo-truchtu) na świeżym (na tyle na ile świeże może być powietrze w mieście w godzinach szczytu) powietrzu... Co prawda na razie nie zrezygnowałem jeszcze z przyjemności wożenia autobusem rano do pracy mojego (ostentacyjnie wypiętego na letni rozkład jazdy) tyłka, ale kto wie, co będzie pod koniec lipca, gdy skończy mi się ważność biletu (a przybędzie nieco kondycji).
No, to teraz, jak już się przed Wami pochwaliłem to może łatwiej mi będzie w tym bieganiu (lub marszo-truchtaniu) wytrwać, bo inaczej będę się musiał tłumaczyć...
P.S
Nie, absolutnie nie szykuję się na 10 poznański maraton (mimo że całkiem przypadkiem biegać zacząłem chyba równo na 100 dni przed nim). 4km z pracy do domu to jednak trochę mniej niż 42,195km... a ja jednak zawsze byłem krótkodystansowcem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz