niedziela, 17 stycznia 2010

rok szopenowski

Dla mnie rok szopenowski* zaczął się już w listopadzie, kiedy to jedną z nagród w zwierciadlanej krzyżówce było elektroniczne pianino. I choć, jak łatwo można to było przewidzieć, posiadaczem owego pianina się nie stałem, to moja zapomniana już pianistyczna pasja została obudzona.


Odkurzyłem mój stary keyboard, który z pianinem (nawet takim elektronicznym) łączy jedynie kształt i rozmiar klawiszy, bo (nie wdając się w techniczne szczegóły) jest to generalnie zabawka. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Postanowiłem sobie zatem, że rozruszam sobie trochę palce na tym moim wysłużonym instrumencie i, jeśli zapał do grania mi nie wygaśnie podczas tych zabaw, to może kiedyś w prezencie sprawię sobie coś porządniejszego.

Tym sposobem w rok szopenowski wszedłem z postanowieniem grania, a poprzeczkę postawiłem sobie bardzo wysoko, bo czegóż to się nie robi, by swej Lubej zagrać jeden z jej ulubionych utworów... Oczywiście droga ku temu jeszcze bardzo daleka i z całą pewnością jeden szopenowski rok na to nie wystarczy... Na szczęście okazało się, że mimo upływu dobrych 15 lat palce nie wszystko zapomniały. Bo, pozwolę sobie zdradzić ten nieznany fragment mojej biografii, w zamierzchłych czasach wczesnej szkoły podstawowej dzielnie uczęszczałem na naukę gry na pianinie. Ku radości rodziców pięknie grałem walczyki i inne takie. Talent rozwijałem chyba z dwa lata, aż do momentu, gdy moja nauczycielka stwierdziła, że świetnie nadawałbym się do szkoły muzycznej. Informacja ta natychmiast zabiła we mnie wszelkie dalsze zainteresowanie pianinem. Fatum ciągnęło się za mną jeszcze do końca szkoły podstawowej, gdzie powszechnie przez rówieśników określany byłem mianem (cóż za zbieg okoliczności) "szopen". Na szczęście wraz z zakończeniem 8 klasy ślad po pseudonimie zaginął i wraz z nim wszelkie pianistyczne wspomnienia... Aż do tego roku szopenowskiego... No i tak brzdąkam sobie "Dla Elizy", czy inne "Eine kleine nacht musik" (bo Chopin to jeszcze nie na moje umiejętności), przypominam sobie nuty, zawiłości rytmiczne, gamy i akordy. Na szczęście okazuje się, że i w pianistycznych kwestiach internet jest niezłą kopalnią wiedzy, więc wyszukuję sobie mniej lub bardziej znane utworki do grania, które może krok po kroku pozwolą mi kiedyś do tej mojej poprzeczki doskoczyć. Oby mi tylko zapału na to starczyło.

Ale to w końcu rok szopenowski, a to nie może być tylko zbieg okoliczności ;)

* wydaje mi się, że pisownia 'chopinowski' jest bardziej poprawna niż forma spolszczona 'szopenowski', jednak pozwalam sobie używać tej drugiej ze względu na sentyment do swojego podstawówkowego pseudonimu :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz