środa, 25 stycznia 2006

muzyka mimo wszystko...

Uświadomiłem sobie niedawno, że w tak zwanym międzyczasie przegapiłem kilka płyt... Postanowiłem to szybko nadrobić, a wrażenia z tego nadrabiania będziecie mieli okazję tu przeczytać...
Jako pierwszy w moich głośnikach zabrzmiał "Echosystem" Hey'a. Nigdy wielkim fanem tej kapeli nie byłem. Nie dlatego, że mi się nie podobało... Po prostu nie słuchałem... Byłem kiedyś na koncercie i moją sympatię zdobyli, bo "Where is my mind?" Pixies zagrali. Teksty Nosowskiej też zawsze lubiłem.
I nie zawiodłem się słuchając "Echosystemu", bo i Nosowska, i reszta zespołu trzymają formę. Porządne nowoczesne rockowe granie. Jak wypada, to spokojne, jak trzeba to z kopem.
A jeszcze bardziej przekonałem się do tej płyty, gdy wysłuchałem kolejnej...

A wspomnianą płytą kolejną był nowy album Negatywu - "Manchester". W przeciwieństwie do Hey'a, Negatyw lubiłem od zawsze. Od pierwszego słyszenia, gdy chyba rok przed wydaniem pierwszej płyty grali u nas mały koncert w nieistniejącym już klubie (nazwijmy to klubem :P) MO. No dali wtedy chłopaki czadu i porwali nasze młode, zbuntowane i rządne czadu duszyczki.
I nie wiem, czy wyrosłem, czy to Mietall obniżył loty... Bo od strony muzycznej to wielkich zmian nie słychać. Ich "rock alternatywny" to po prostu oscylowanie między rockiem i popem. Powiedzmy, że można to nazwać polską odmianą britpopu (cokolwiek to oznacza :P). Warstwa muzyczna była i jest w porządku... Ale coś się chyba stało z tekstami...
Ja rozumiem, że jak ktoś sam siebie określa mianem Mietall Waluś, to tekstów przesadnie górnolotnych pisać nie będzie. Ale to naiwno-dziecinne spojrzenie na rzeczywistość w przypadku płyty Manchester osiągnęło poziom wierszyków pisanych na marginesie przez ucznia podstawówki. Boję się tutaj to cytować, ale jak ktoś jest ciekawy to niech odwiedzi oficjalną stronę zespołu. Ale jeśli komuś to nie przeszkadza, albo wręcz się podoba, to jest to płyta godna polecenia. Sam słuchałbym jej z przyjemnością, gdyby Mietall śpiewał chociażby po angielsku, żeby banał jego słów tak bardzo mnie nie raził...

Następnie, dla odmiany, sięgnąłem po płytę z zupełnie innej półki - "Piano Live" Leszka Możdżera. Z muzyką pana Możdżera spotkałem się po raz pierwszy podczas koncertu urodzinowego mBanku, gdzie towarzyszył grupie Myslovitz. Wierni czytelnicy naszego bloga pewnie to pamiętają, a ci mniej wierni lub bardziej zapominalscy mogą sobie przypomnieć klikając tutaj :)
Nie jestem wielkim znawcą jazzu i muzyki improwizowanej, ale mimo wszystko to, co Możdżer potrafi wyczarować na klawiaturze robi na mnie wrażenie. Szczególnie jak pomyślę o mojej pradawnej dwuletniej przygodzie z grą na pianinie :P ...
"Piano Live" jak można się łatwo domyślić jest nagraniem z koncertu promującego płytę "Piano". Dzięki temu, że jest to płyta live mamy okazję spotkać się z żywą muzyką i żywym pianistą. Warto między utworami wsłuchać się w to, o czym Możdżer rozmawia z publicznością, gdyż ukazuje to nam jak swobodny i nieco autoironiczny stosunek do muzyki i swojego grania ma ten (nie bądźmy przesadnie skromni) wirtuoz.

A teraz czekam z niecierpliwością na "Unhappy songs" Silver Rocket...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz