poniedziałek, 27 września 2010

Pan Sting

Równo tydzień temu marzliśmy się świetnie z Asią podczas koncertu Pana Stinga na Nowym Wspaniałym Stadionie poznańskim. Momentami sam się sobie dziwiłem, że nie będąc jakimś wielkim fanem rzeczonego Pana wydałem na bilety więcej niż kiedykolwiek do tej pory na jakikolwiek występ. Paradoks to jakiś, bo na koncert swoich jakiś ulubieńców, w postaci na przykład (żeby nie szukać daleko) Happy Pillsów w życiu bym takiej kasy nie dał - sorry chłopaki ;) Ale cóż, powiedzmy że to był mój skromny wkład w budowę tej Gigantycznej Betonowej Mydelniczki.

No a występ, cóż. Pan Sting, niejako jakość sama w sobie, niemal każdy utwór szeroko znany i rozpoznawalny ("mamo, czemu mi nie mówiłaś, że to też jest Stinga?!") wzbogacony brzmieniem orkiestry symfonicznej był bardzo trafionym wyborem na tego typu fetę. I choć zimno było jak diabli (bo nieprzyzwyczajony jestem do koncertów na których aktywność ogranicza się do siedzenia 3 godziny na dupie i klaskania w celu rozgrzania się), choć z tej odległości Pan Sting miał jakiś centymetr wysokości, to było całkiem fajnie.

A z całego koncertu chyba najbardziej pamiętam "Shape of my heart", bo widok ludzi zajadających (chyba jedyne danie, jakie można było podczas koncertu kupić) kiełbaskę z musztardą i bułą obudził w mej głowie bardzo absurdalne skojarzenia. Łowcy.B sprawili, że już nigdy nie będę mógł poważnie posłuchać tej piosenki ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz