Dzisiaj opowiem Wam anegdotkę...
Dla ludzi "bardziej w temacie" będzie ona pewnie bardziej zabawna, niż dla tych "mniej w temacie", ale tak to już bywa z anegdotkami...
Cała historia zdarzyła się dobre kilka lat temu. Głównymi osobami w nią zamieszanymi są pan Marek Rusinkiewicz i pan Szymon Rusinkiewicz. Pan Marek jest ojcem pana Szymona. Obaj panowie są dość znanymi osobistościami amerykańskiego świata nauk informatycznych. Pan Marek jest specem od szeroko pojętych baz danych, a pan Szymon świetnie radzi sobie w zagadnieniach związanych z grafiką komputerową... Ale nie to jest tu najważniejsze...
Gdy te dobre kilka lat temu pan Szymon kończył studia, stanął przed sporym dylematem. W USA bardzo hojnie rozdawane są tzw. startupy, czyli pieniądze dla świeżych absolwentów na rozkręcenie interesu. I właśnie dwóch kolegów pana Szymona namawiało go, by razem z nimi wziął ów startup i założył firmę w branży informatycznej. Ale pan Szymon miał jeszcze jedną opcję wyboru... Ponieważ świetnie radził sobie z grafiką komputerową dostał propozycję pisania pracy doktorskiej z tej właśnie dziedziny. Co ważniejsze (i kuszące) praca ta polegać miała na półrocznym siedzeniu w Rzymie i Florencji w celu stworzenia trójwymiarowych modeli rzeźb Michała Anioła...
Pan Szymon miał spory problem z wyborem... Z jednej strony koledzy i możliwość rozkręcenia interesu, a z drugiej atrakcyjny wyjazd i szansa na karierę naukową... Więc pan Szymon postanowił poprosić ojca o radę.
Pan Marek - naukowiec - stwierdził, że syn powinien zająć się pracą doktorską, bo szansę na startup zawsze znajdzie (w Stanach naprawdę hojnie te pieniądze rozdają). Więc pan Szymon, za radą ojca pojechał do Włoch, zrobił doktorat o rzeźbach Michała Anioła i załapał się na niezłą posadkę z Princeton (w jednym pokoju siedział Einstein, w innym John Nash... 30% pracowników ma Nobla... niezła mobilizacja, co?)...
Ale dojdźmy w końcu do puenty...
Otóż po powrocie syna do domu, po obronie pracy doktorskiej pan Marek pyta pana Szymona, co z tymi kolegami, jak się im wiedzie w tej ich firmie...
- No, całkiem nieźle, rozkręcają się - mówi pan Szymon.
- A jak się nazywa ta ich firma?
- Google.com...
I tym sposobem dzięki radzie ojca pan Szymon nie został milionerem...
Więc, kochane dzieci, pamiętajcie, że nie zawsze opłaca się słuchać rodziców ;)
A jeśli chcecie sprawdzić prawdziwość niektórych faktów poszukajcie na google'u nazwiska Rusinkiewicz i poczytajcie sobie ;)
P.S.
Jak łatwo się domyślą osoby biegłe w temacie wspomnianymi kolegami pana Szymona byli Larry Page i Sergey Brin...
Imieniny wg MPK:
Geralda, Edwarda
mówcie co chcecie, ale dla mnie większym osiągnięciem jest jego doktorat i z pewnością doświadczenie, które zdobył będąc we Florencji
OdpowiedzUsuńpoza tym.. dopatruję się tu sugestii w kwestii zysk-strata, którą to jeszcze wczoraj wywalczyłam na rzecz was informatyków - w ideologicznym sporze z filozofami.. i mam coraz większe wątpliwości..
OdpowiedzUsuńa raczej argument za tym, że nie należało tego robić.. mówicie sami za siebie i niech tak pozostanie
OdpowiedzUsuńJa nie wątpię, że pan Szymon jest jak najbardziej zadowolony z tego, że robi to co lubi na czołowym światowym uniwersytecie. Ja tylko przytoczyłem anegdotkę za prof. Morzym, więc proszę pod jej kątem nie oceniać całej społeczności informatyków. Anegdotka została opowiedziana prof. Morzemu przez pana Marka i celowo pominięty jej w jej treści fakt, że pan Szymon pewnie niechciałby w Google pracować i dobrze mu tam gdzie jest, bo inaczej anegdotka straciłaby zabawną puentę i przestałaby być anegdotką...
OdpowiedzUsuńprzywołanie rzeczonej anegdotki jak dla mnie, o czyms świadczy :D
OdpowiedzUsuńOczywiście... :P ... wszystko "o czymś świadczy" ... tydzień jest na psychologii i już mi psychoanalizę na podstawie anegdotek robi :/
OdpowiedzUsuńo tak! zdemaskowałam Cię!
OdpowiedzUsuńOd początku wiedziałem, że taką dyskusją się to skończy... A mogłem napisać o tym, że miałem nudny dzień...
OdpowiedzUsuń(próbuje się ratować resztkami zszarganej godności ;P)
OdpowiedzUsuńnie eeeeeeeeee no, nie będę już złośliwiec :P Bartaz myśli.. miała dobry dzień i od razu świruje.. zobaczymy jaka jutro będzie mądra :D
OdpowiedzUsuń(ale się uczepiła, cholera ;P)
OdpowiedzUsuń(tak właśnie pomyślałem: miała dobry dzień i świruje... zawsze to samo, jak dzień jest kiepski to marudzi, a jak dobry to świruje... i bądź tu mądry :/)
OdpowiedzUsuńi o to chodzi dziubek! ;********... ****, _.__ _..
OdpowiedzUsuń_.__._ _..
OdpowiedzUsuń(najpierw się czepia, a potem całuje... eh, kobiety... _. _.._.. _._, _..__)
OdpowiedzUsuńczepiam się bo miałam powód i przedwczorajszy spór potraktowałam naprawdę poważnie, a Ty mi tu taki argument na blogu dajesz.. zupełnie nie w tę stronę.. a całować nie muszę, jak się nie podoba
OdpowiedzUsuń